Po co psu kapok?

Po co psu kapok?

Większość ludzi uważa, że skoro pies umie pływać, to zakładanie mu kapoka jest przesadą i fanaberią. Panuje przekonanie, że psy potrafią doskonale pływać i nie potrzebują żadnych kamizelek asekuracyjnych, a już na pewno nie potrzebują ich psy myśliwskie czy też dowodne. Czy na pewno?

 

Kapok dla psa spełnia dokładnie te same funkcje co kapok dla ludzi, czyli przede wszystkim zabezpiecza psa przed utonięciem. Tak, pies może utonąć, nawet ten, który świetnie pływa i uwielbia wodę. W wodzie różne rzeczy mogą się wydarzyć - pies może dostać bolesnego skurczu, przecenić swoje możliwości i opaść z sił, zaczepić się lub wplątać w zarośla (niebezpieczne bywają np. lilie wodne), zranić się i osłabnąć, przestraszyć się czegoś albo zostać zaatakowany przez inne zwierzę (niestety w przypadku ataku łabędzia albo bobra pies w wodzie ma bardzo małe szanse).

Kamizelka zapewni psu bezpieczeństwo, a nam da czas na dotarcie do zwierzęcia w razie problemów. Jest niezbędna jeśli chcemy zabrać psa na pokład łódki czy innej pływającej amfibii. Pozwoli również bezpiecznie zabrać psa z wody na pokład czy pomost. Szczególnie polecana dla psów, które skaczą do wody "na bombę" - podczas takiego skoku pies bardzo mocno spina mięśnie - zwłaszcza brzucha i grzbietu, mięsień czworoboczny i mięśnie lędźwiowe. Taki skok mocno obciąża kręgosłup i stawy, a założenie kapoka zamortyzuje skok. (Jeśli macie psa z dyskopatią, spondylozą albo chorymi stawami nie pozwalajcie psu w ten sposób skakać do wody i prowokujcie sami takich sytuacji - znajdźcie miejsce, w którym pies ma łagodniejsze zejście.)

Kapok może też pomóc psom, które boja się wody lub czują się niepewnie pokonać lęk - utrzymuje psa na powierzchni, a kiedy pies traci grunt pod łapkami i wchodzi głębiej nie ma momentu nagłego zanurzenia. Niektóre psiaki panicznie boja się oderwać łapki od podłoża, bo wydaje im się, że toną, zaczynają wtedy szybko i nerwowo przebierać łapkami  rozchlapując wodę - kapok utrzyma psa na powierzchni wody i jest szansa, że taki pies przekona się, że nic złego się nie dzieje. Oczywiście w kapoku czy bez, trzeba dać psu czas na oswojenie się z wodą i do niczego nie zmuszać, zacząć od stopniowego oswajania psa z wodą. To nie jest tak, że w kapoku od razu zacznie pływać...

Kamizelki asekuracyjne stanowią też doskonały sprzęt rehabilitacyjny! Psy będące po urazach czy operacjach narządu ruchu (jeśli nie ma innych przeciwwskazań) mogą poprzez pływanie szybciej powrócić do zdrowia i sprawności - pływanie odciąża stawy, poprawia kondycję, powoduje przyrost masy mięśniowej i zwiększa pojemność płuc. Chory staw obudowany mięśniami będzie stabilniejszy. Założenie psu kapoka sprawi, że będzie mu łatwiej utrzymać się na wodzie i taki trening będzie wydajniejszy. Szczególnie polecane dla psów z urazami lub chorobami narządu ruchu. Nie zawsze mamy możliwość skorzystania z bieżni wodnej do rehabilitacji psów, a zakup kapoka to jednorazowy wydatek, który może stać się dobrym narzędziem rehabilitacyjnym.

U nas największą potrzebę posiadania kapoka miał Frodo, który uwielbia wodę, znakomicie pływa i jest niezniszczalny ;)  Frodzio nie ma żadnych zahamowań przed skakaniem do wody, pływaniem i nurkowaniem (i to ostatnie doprowadzało mnie do zawału - znikał mi nagle z powierzchni wody i wynurzał się kawałek dalej, a ja umierałam ze strachu). Frodo w wodzie jest niezłomny i w pewnym momencie zaczęłam obawiać się, że przeceni swoje możliwości albo w coś się zaplącze. W końcu szuwary to jego specjalność, a cocker jest jednak niewielkich rozmiarów psem. Kiedyś Frodzio wplątał się w lilie wodne - na szczęście nie spanikował i udało mu się samodzielnie wyplątać, mało tego - nie wypuścił nawet aportu z paszczy! Frodo jest mądrym i silnym psem, ale jeśli mogę go dodatkowo zabezpieczyć, to dlaczego mam tego nie zrobić? Poza tym brak kapoka kilka razy sprawił, że rezygnowałam z pływania rowerami wodnymi na wakacjach, bo nie mogłam zabrać psów.


Na co zwrócić uwagę wybierając kapok dla psa?

 

Bardzo często dostaję wiadomości z pytaniami o kapok, jak wybrać odpowiedni, dlaczego Uszate mają kapoki, czy mogę polecić kapok dla spaniela, itd. - dlatego postanowiłam zebrać wszystko co dotyczy tematu w jednym poście.

- Wyporność! - to najważniejszy parametr, większość firm (nawet tych z wyższej półki) niestety nie podaje wagi psa, a jedynie wymiary. A co nam po kamizelce, która wprawdzie jest dobra na wymiar, ale ma zbyt małą wyporność, aby utrzymać psa na powierzchni wody? No właśnie... Nic! Zbyt duża wyporność też nie będzie dobra. Dlatego jeśli firma (choćby była nie wiem jak polecana) nie podaje max wagi psa, dla której dedykowany jest dany rozmiar, to nawet nie biorę tego produktu pod uwagę.

- Rozmiar - zazwyczaj kapoki mają podane dwa, czasami trzy wymiary - długość kapoka i obwód klatki piersiowej oraz niekiedy obwód szyi. Mierzymy pieska i sprawdzamy, który rozmiar będzie optymalny. Sprawdzamy oczywiście w kontekście korelacji z wypornością.

- Materiał z jakiego jest wykonany - kapok nie może nasiąkać wodą jak gąbka, ważne jest też, aby kapok nie był zbyt sztywny i nie ograniczał psu ruchu, poza tym materiał powinien być dostatecznie mocny, aby nie uległ rozerwaniu. Idealnie, jeśli będzie wykonany z materiału szybkoschnącego. Ważne są też pozostałe elementy, tj. pas brzuszny i zapięcia - i tu uwaga, jeśli mamy samca, zbyt szeroki pas brzuszny lub źle dobrany rozmiar mogą uwierać w pewne części ciała... Zbyt wąski pas może z kolei uwierać i wpijać się psu w brzuch. Trzeba też zwrócić uwagę na klamry lub rzepy, powinny być solidne, aby nie rozpinały się i nie luzowały w trakcie pływania. Istotne są też paski - wszelkie dyndające elementy mogą się psu zaczepić i zaplątać o coś podczas pływania. Materiał nie może również odparzać skóry psa - to bardzo ważne u psów ze skłonnościami do powstawania tzw. "hot spotów".

- Dopasowanie i krój - dobrze dopasowany kapok nie powinien się przesuwać i obracać, a paski nie powinny się luzować w trakcie użytkowania. Poza tym zwracamy uwagę na krój kapoka - czy nie jest zbyt masywny lub przeciwnie - czy nie jest zbyt krótki. Kapok z danej firmy może być idealny dla psa danej rasy, a dla innego już niestety nie. U psów długowłosych ważne jest, aby kapok nie filcował szaty. A u wszystkich aby nie powodował otarć i odparzeń. Kapok nie może też ograniczać psu ruchu w stawach.

- Waga samego kapoka - niektóre kapoki już same w sobie są bardzo ciężkie - idealny kapok jest lekki i na lądzie nie ciąży psu.

- Kolor - tak, to wbrew pozorom ważna cecha i bynajmniej nie chodzi tu o preferencje estetyczne opiekuna - jaskrawy kapok sprawi, że pies będzie dobrze widoczny na tle wody. Wszelkie dodatkowe odblaski będą również mile widziane.

- Solidna rączka - dzięki, której możliwa będzie ewakuacja psa z wody, to też przydatny element! Pamiętajmy, że mokry pies + kapok ważą więcej, a więc rączka musi być solidna.


Długa droga do idealnego kapoka

 

Poszukiwania kapoka dla Uszatych trwały długo i szczerze mówiąc byłam już załamana. Przerobiliśmy prawie wszystkie jakie były wtedy dostępne na rynku ;) Jako pierwszy zamówiłam kapok Nobby - bardzo zachwalany przez znajomych psiarzy. Niestety okazało się, że rozmiar M, który pasował pod względem wyporności i rozmiaru miał zbyt szeroki pas brzuszny i pies nie był w stanie w nim nawet usiąść. Zakupiony przez internet i jeszcze szybciej zwrócony. Myślę, że gdyby Frodo był większym i masywniejszym psem, to może byłby to udany zakup.

Drugi mierzyliśmy u znajomych kapok Trixie - był sztywny i kompletnie niedopasowany. Nie ma co się rozpisywać, nie zrobił dobrego wrażenia, mimo że producent deklaruje sporą wyporność w poszczególnych rozmiarach, to jego krój nam nie przypadł do gustu. Znam psy, które w nim pływają, ale są to psy dużych ras, małe pieski są w nim jak w pancerzu.

Kolejny kapok jaki zamówiłam był z firmy Ezy Dog. Wyglądał całkiem fajnie, zobaczyłam go na psach ratowniczych w Niedzicy i na nowofundlandach prezentował się zacnie. Generalnie do zakupu skłonił mnie w sumie przewodnik jednego z tych psów, który bardzo go zachwalał. Problem w tym, że nie mogłam znaleźć informacji na temat wyporności, tylko jedna strona anglojęzyczna miała podaną wyporność. Przeliczyłam sobie i wyszło mi z tabelki, że odpowiedni będzie rozmiar XS albo S (XS bardziej pasował mi do obwodu klatki, a S do długości psa ;). Zamówiłam dwa rozmiary.
Kapok generalnie miał sporo plusów - zapięcia miały dodatkowe zabezpieczenia przed rozpięciem w postaci szlufek, które utrzymują paski nawet kiedy rozepnie się klamra, ponadto jaskrawy żółty kolor (dostępne są też inne kolory) i dosyć solidny materiał. Minusem była rączka - bardzo mała, trudno było ją chwycić. Kieszonka na zamek - nie wiem po co - może na zalaminowaną kartkę z numerem telefonu właściciela? Zaletą były odblaski. Paski brzuszne były dwa i miały dodatkowe materiałowe nakładki.
Nasz pies w kapoku XS mógł siadać, kłaść się i wstawać, ale w rozmiarze S nie miał już takiej swobody, bo ten model jest dosyć sztywny, żeby nie powiedzieć pancerny. Obydwa rozmiary niezbyt dobrze układały się na psie. A ich największą wadą była... za mała wyporność. Nie przeszły naszych testów na topienie fantoma ;) A Frodzio w rozmiarze XS był w stanie nawet zanurkować! Elmo natomiast w nim sztywniał i robił sceny w stylu - nie będę w tym chodził! W kapoku S pasek brzuszny ewidentnie uwierał, widać było, że psom jest niewygodnie i wyrywał włos na brzuchu. Zdziwiła mnie też rozmiarówka - producent podaje, że rozmiar S jest dla psa o obwodzie klatki 53-89 - nie ma szans żeby był dobry i spełniał swoją funkcję u psa o tak dużym obwodzie klatki! Nie wiem jak pozostałe rozmiary, ale skoro XS i S mają tak małą wyporność, to nie wiem czy w większych rozmiarach jest ona dostosowana do wagi psa.

Kolejny kapok, który zwrócił moją uwagę, to kamizelka Ruffwear. Niestety firma nie podaje wyporności, więc nawet go nie mierzyliśmy, bo bałam się wtopy po poprzednim. I tym samym nie potrafię powiedzieć na jego temat nic konkretnego poza tym, że dużo kosztuje, ładnie wygląda i ma fajny krój. Mamy inne produkty tej firmy i są to solidne rzeczy, więc być może ten kapok też jest w porządku. Jednak brak podanej wyporności przy wysokiej cenie, to zdecydowanie duży minus, który mnie skutecznie do niego zniechęcił i zdyskredytował w moich oczach.

Następny był kapok firmy Hunter - bardzo fajnie wygadał na psie (mierzyłam u koleżanki) i byłam wstępnie bardzo zadowolona z wykonania, materiału i kroju, solidne klamry i pas brzuszny nie za duży nie za mały, ale niestety okazało się, że ten, który miał dobre wymiary (obwód klatki piersiowej) miał za małą wyporność.
Frodo ma 58 cm w klatce i waży ok. 14 kg. Rozmiar Medium jest dla psa o obwodzie klatki piersiowej 52-63 cm, ale maksymalnej wadze do 8 kg, więc ma zdecydowanie za małą wyporność. Rozmiar LARGE jest na psa o obwodzie klatki 59 - 72 cm i masie max. 10 kg. Znacie labradora, który waży 10 kg?? Generalnie patrząc na tabelkę rozmiarów mam wrażenie, że coś jest nie tak - kapoki te mają zbyt małą wyporność w stosunku do wielkości.

Kolejny był kapok Hurrta - mieliśmy kupić używkę, wymiary pasowały, wyporność deklarowana przez producenta także wydawała się adekwatna do rozmiaru, ale po krótkiej chwili od założenia poluzowały się paski, a kapok przekręcał się. Materiał, z którego zrobiono kapok szybko wysycha (wydawał mi się, na pierwszy rzut oka, cienki, ale biorąc pod uwagę, że był już użytkowany, to nie było na nim żadnych otarć czy śladów). Ogólnie sprawiał niezłe wrażenie, jednak kapok, który się luzuje i przekręca, to tak jakoś niekoniecznie...

I kiedy już byłam totalnie zrezygnowana znalazłam kapoki firmy Outward Hound. Jest kilka rodzajów, które różnią się przede wszystkim krojem i materiałem, z którego są wykonane oraz przeznaczeniem. Moją uwagę zwrócił model Dawson Swim Life Jacket. Kapok wykonany z pianki neoprenowej - takiej, którą wykorzystuje się w kombinezonach do nurkowania. Miałam obawy czy ten materiał nie okaże się zbyt słaby -  w końcu Frodo potrafił wbiec w krzaki w kombinezonie i wyjść bez. Nie byłam też pewna czy pas brzuszny nie będzie zbyt szeroki. Długo kombinowałam, ale postanowiłam zaryzykować, bo sezon moczenia futer zbliżał się nieubłaganie. Oczywiście nie może być zupełnie łatwo - kapok był niedostępny w Polsce (chyba nadal nie jest), a wymiary podane są w calach i funtach ;)


Po przeliczeniu okazało się, że odpowiedni będzie rozmiar MEDIUM. Udało się go zamówić przez ebay. Dosyć szybko przyszła paczka. Otwieramy, wyjmujemy i.... od razu zauważyłam, że kolor różni się od tego na zdjęciach - myślałam, że będzie pomarańczowy, a okazuje się być intensywnie czerwony. Po chwili zorientowałam się, że rączka i firmowe znaczki też trochę się różnią od tego ze zdjęcia. Okazało się, że na zdjęciu była starsza wersja tego kapoka, a my dostaliśmy nowszą. Różnią się kilkoma elementami - poza kolorem - kapok w nowej wersji ma podwójną rączkę i na dyndających paskach dodatkowo rzepy do mocowania, nowe klamerki są lżejsze. Kapok w starszej wersji jest odrobinę dłuższy (przynajmniej tak jest w rozmiarze M).


Na początku miałam mieszane uczucia - z jednej strony materiał przyjemny w dotyku, miękki i łatwo dopasowujący się (kapok wydaje się być dosyć plastyczny i nie jest sztywny), z drugiej jednak sprawia wrażenie delikatnego. Poza tym jak na taką wyporność spodziewałam się, że może być zbyt duży i masywny, ale okazał się być całkiem zgrabny. Byłam jednak przekonana, że zostanie bardzo szybko ubrudzony i uszkodzony. I tu ogromne zaskoczenie - materiał jest trwały i nie brudzi się za bardzo. Po błotnej panierce, został wysuszony i błoto odpadło. Myślę, że za jakiś czas spróbuję go wyprać w płynie do odzieży sportowej. Użytkujemy kapok już drugi sezon i nie mamy żadnych zastrzeżeń! W jednym miejscu popruła się nitka, ale przeciągnęłam ją igłą, zrobiłam supełek i jest ok. Poza tym kapok w nowej wersji ma fajny system mocowania pasków - mają rzepy i można je tak pozaczepiać, że nic się nie majta, nic się też nie przesuwa, a paski nie luzują się. Plusem są też klamerki solidne, ale nie zbyt masywne. Bardzo szybko i sprawnie się go zakłada. Poza tym, co jest istotne u psów DŁUGOWŁOSYCH - nie filcuje i nie niszczy szaty. IDEALNY dla cockera! Nie wiem czy będzie równie idealny dla innych psów, ale u nas sprawdza się doskonale. Frodo może w nim swobodnie biegać i to jak widać na zdjęciu, tak na maxa. Poza tym nie odparza mu się skóra, kapok dosyć szybko schnie i dobrze leży. Pies wygląda przy tym całkiem fajnie i wydaje mi się, że czuje się również swobodnie (nawet w nim zasnął).

Szybko zaczęłam szukać drugiego kapoka dla Elmo (tak Elmo też go zaakceptował). Elmo, który nie lubi mieć na sobie zbyt wiele, godzi się na jego założenie i nie robi scen - to zdecydowanie ważna rekomendacja dla wrażliwych na dotyk psów! Elmo nawet w nim pływał, co też jest dużym sukcesem, bo Mapet moczy na ogół tylko łapy kiedy jest bardzo ciepło i brodzi w wodzie. Jeśli macie psa nie lubiącego chodzić w szelkach, to ten kapok jest najmniej inwazyjny ze wszystkich jakie mierzyliśmy :)
Trafiła się okazja i dla Elmo odkupiliśmy nowy kapok w starszej wersji i do tego w bardzo dobrej cenie. Nie mam jeszcze zdjęć Elmo w kapoku - jak zrobimy to dorzucę. W użytkowaniu nie widzę różnicy, oba sprawdzają się bardzo dobrze, jedyny minus, to dyndające paski w starej wersji, ale da się je pozaczepiać. Stara wersja ma jak dla mnie lepszą rączkę. W nowej wersji na rączce jest odblask, w starej - odblaskiem jest logo producenta. Parę zdjęć dla porównania obu wersji:













Podsumowując temat kapoka gorąco polecamy jego zakup dla Waszych szuwarków, ale nie namawiamy na żaden z modeli, bo to kwestia indywidualnego doboru dla konkretnego psa. Na pewno dla spanieli możemy polecić Outward Hound Dawson Swim Life Jacket. Psy naszych znajomych nie będące spanielami są również z niego zadowolone :)


A jakie są Wasze doświadczenia? Wasze psy lubią pływać? Macie kapoki?
Nosework

Nosework

Krótkie, ale trudne szukanie :) Precyzyjne oznaczanie mamy już zrobione, więc wchodzimy na wyższy level i utrudniamy. Zapach o bardzo niskim stężeniu (niewyczuwalnym dla człowieka) umieszczony został pod rampą, między metalową konstrukcją w pudełeczku z malutkim otworkiem. Niestety w trakcie szukania z budynku postanowiły wyjść dwie panie, więc była mała przerwa. Frodo kilka razy sprawdzał drzwi (nie dość, że miał zapach pod łapami, to prawdopodobnie zasysało go też na drzwi, bo między rampą a drzwiami była dziura). Poza tym próbka leżała tam 24 godziny. Uwielbiam Frodzia w pracy - zero frustracji i szukanie rozwiązania. :) Powoli zabieramy się za próbki na wysokościach :D Elmo też szukał z drugiej strony budynku, ale nie udało się nagrać. 



Wąchanie ;)

Wąchanie ;)

Trochę dawno nas tu nie było, ale zamierzam się poprawić i pisać częściej. A tymczasem na szybko krótki filmik z wąchania ;) W roli głównej Frodo i praca nad precyzyjnym oznaczaniem :)

Happy New Year!

Happy New Year!

Nie odkładajcie niczego na jutro - "przyszłość zaczyna się dziś"!
Spełnienia marzeń w Nowym Roku!


Uszate nie boją się fajerwerków, hałasu i błysków, ale jak co roku, w sylwestra jesteśmy z nimi, a one z nami i nigdy nie przyszło nam głowy, że mogłoby być inaczej. :) Nowy Rok witamy pełni nadziei, planów i marzeń. Chcielibyśmy, aby nam i naszym bliskim dopisało zdrowie, a wszystko inne samo się ułoży. Uszate po hasaniu w śniegu (tak mieliśmy zimę przez parę godzin) pochrapują sobie pod naszymi nogami, a my właśnie opychamy się ciastem czekoladowym ;) I aktualnie niczego nam więcej nie potrzeba! Do siego roku!
Trzecie urodziny Frodzia :)

Trzecie urodziny Frodzia :)

Frodo pojawił się u nas zupełnie nieoczekiwanie - w domyśle miał być spokojnym, stabilnym czarnym cockerem... A mamy złoty wulkan energii, małego turbo pieska, wyścigówkę na czterech łapach kochającą cały świat! I wiecie co? Uwielbiam go i nic bym w nim nie zmieniła! Jest najsłodszą istotą jaką znam, piękny, odważny, szybki, szalenie inteligentny i baaaardzo kochany! Bądź zdrowy i szczęśliwy chłopaku! <3

Zobaczcie niepublikowane jeszcze zdjęcia Frodo z sesji autorstwa Kasi i Adama Safarewiczów - dziękuję Kochani za te piękne ujęcia!










 


Zdjęcia: Kasia i Adam 
Więcej zdjęć z tej sesji: klik
Skoczyliśmy do schroniska

Skoczyliśmy do schroniska

Czasami kiedy wydaje mi się, że wszystko jest dobrze przemyślane i zaplanowane, okazuje się, że dzieje się coś co by tak łatwo jednak nie było. Tuż przed naszym eventem rozłożył mnie jakiś paskudny wirus odbierający głos, ale dałam radę i jednak skoczyliśmy do schroniska. Właściwie to skoczyliśmy co najwyżej na piłkę, ale wszystko w ramach akcji wspierającej psiaki z naszego białostockiego schroniska.

Mieliśmy z Frodziem pokaz Fitness Dog - to był nasz pierwszy trening w tak trudnych warunkach. Trudnych, rzecz jasna, nie ze względu na organizację, bo ta była bardzo dobra - psy miały odgrodzone miejsce na pokazy, odpowiednio zabezpieczone, na podłodze położyliśmy dywan anty ślizg, a psy wchodziły tylko na parę minut na konkretny pokaz. Trudna ze względu na dużą ilość rozproszeń (dużo zainteresowanych nami ludzi, wpatrujące się w psa rozemocjonowane dzieci, całkiem nowe miejsce, nieznane zapachy, hałas). 

 


Oczywiście nie pokazaliśmy pełnego treningu, a wybrane jego elementy. Frodo wszedł już odpowiednio rozgrzany, więc pokazał tylko trzy przykładowe elementy z rozgrzewki, dwa ćwiczenia sensomotoryczne, dwa równoważne i na świadomość zadu i jedno kombinowane. Zrezygnowaliśmy z pokazywania ostatniej fazy treningu - stretchingu i masażu - zrobiłam to już poza pokazem.




Starałam się też pomóc Frodziowi i bardzo często go nagradzałam za małe sekwencje, zdecydowanie częściej niż robię to na treningach, obniżyłam też wymagania i wybrałam raczej łatwe dla niego ćwiczenia, nie przejmując się tym, co nam nie wyszło. Mój turbo piesek bardzo się starał, chwilami nawet za bardzo. Frodo czasami próbuje podjąć decyzję za mnie, ale tym razem słuchał o co proszę ;) Na początku też nie ogarnął po co tam jesteśmy :D i obawiałam się czy po odpięciu smyczy nie włączy mu się tryb przeszukiwania pomieszczenia - w końcu fitness zawsze ćwiczymy w Horodniance, a każde nowe pomieszczenie zdaniem spaniela trzeba przewąchać. I początkowo Frodo miał swój pomysł i nawet bardzo chciał się witać z dziećmi, ale już za chwilę przełączył się na tryb treningu-jemy-ciastki.


Podsumowując udało się zrobić pokaz, wszyscy cali, piłki nie eksplodowały, Frodo nie zjadł dzieci - żartowałam! ;) To tak a propos sytuacji z wczorajszego spaceru... Idę z Frodziakiem na smyczy i w wąskiej ścieżce mijamy panią ze szczeniaczkiem, psy się witają, a pani:
- O nie, zaraz będzie akcja!
- Jaka akcja?! - pytam, bo psy się spokojnie wąchają.
- Nie ugryzie go?
- Nie, takie małe pieski, to on połyka bez gryzienia - mówię ochrypłym głosem z miną śmiertelnie poważną.
Pani odwraca się nerwowo, łapie pieska na ręce i ucieka.
- Żartowałam! - krzyczę za panią, ale pani znika za zakrętem. Patrzę na merdającego ogonem Frodzia i nie wiem czy naprawdę wzięła Frodka za agresora czy mnie uznała za wariatkę? Nie odpowiadajcie, chyba sama wiem...

Wszystkie piękne zdjęcia, są autorstwa niezawodnego duetu - Kasi i Adama Safarewiczów!
AdamSafarewicz.pl
A ostatnie na dowód, że naprawdę żartowałam ;)


Historia pewnej znajomości

Historia pewnej znajomości

Dzisiaj opowiem historię pewnej znajomości :) Znajomości, która sprawiła, że mimo wielu przeciwności postanowiłam zostać dogoterapeutką i teraz swoją wiedzą i doświadczeniem dzielę się z innymi współprowadząc kursy w Fundacji Psi Uśmiech.

Oczekiwanie i poszukiwania, radość i rozczarowania

Dogoterapią zainteresowałam się jeszcze będąc na studiach. Zbierałam informacje, czytałam i rozmawiałam z osobami prowadzącymi dogoterapię, ale to wszystko wydawało mi się mało profesjonalne i niewłaściwe. Był to okres kiedy w dogoterapii bardzo słabo zwracało się uwagę na dobrostan psa, a zajęcia polegały głównie na głaskaniu, a niejednokrotnie również na kładzeniu dzieci na psy. Dogoterapeuci pracowali często w oparciu o stereotypy dotyczące psich zachowań. Sprawę utrudniał fakt, że nie znalazłam wtedy nikogo, kto prowadziłby profesjonalne zajęcia dogoterapii z osobami dorosłymi. Jeśli już ktoś coś próbował robić w temacie, to były to infantylne spotkania z psem bazujące na schemacie w stylu "porzucamy psu piłeczkę", więc uznałam, że ja tak nie chcę i na długo zarzuciłam ten pomysł. Przestałam się tym interesować aż do momentu kiedy zaczęliśmy z Krzysiem szukać rasy odpowiedniej dla nas (poszukiwania hodowli, to temat na osobny wpis). Temat wrócił i znowu zaczęłam intensywnie szukać informacji dotyczącej pracy w dogoterapii. Mieszkaliśmy wtedy w Krakowie i był to czas oczekiwania na narodziny naszego pierwszego psiaka. Ustaliłam wówczas z Panią Małgosią (właścicielka hodowli Margaret's Pride), że miot będzie miał zrobione testy pod kątem predyspozycji do pracy w dogoterapii, ale nie nastawiałam się, że mój pies będzie pracował. Nawet gdyby takich predyspozycji nie miał, to i tak bardzo chcieliśmy, aby nasz dom wypełniał tupot spanielowych łapek. Mijały tygodnie i wreszcie nadeszła radosna informacja - 30 maja 2013r. na świat przyszło pięć maluszków, a w mailu był załącznik ze zdjęciem całego miotu. Zobaczyłam wtedy złotaska z żółtą wstążeczką i wiedziałam, że to będzie nasz Elmo! W rozmowie telefonicznej potwierdziło się, że jest to samiec, potem były pierwsze odwiedziny, weszliśmy do kojca i jako pierwszy przywitał nas "nasz Żółty". W testach wykazał predyspozycje do pracy z człowiekiem, ale już wcześniej bez względu na to wiedzieliśmy, że to ON będzie z nami :)
W dalszym ciągu zbierałam informacje o kursach dogoterapii, wchodziłam na strony różnych stowarzyszeń i fundacji, dzwoniłam, pytałam i każda rozmowa kończyła się rozczarowaniem. Miałam wrażenie, że psy traktuje się instrumentalnie, na zdjęciach widziałam głupkowate ćwiczenia godzące w dobrostan psa, a w rozmowie powielane mity na temat psów.
Jedna z rozmów, którą najbardziej zapamiętałam:
- A jaką rolę spełnia pies w pani zajęciach? - zapytałam w nadziei, że opowie coś sensownego, wyjaśni jaki rodzaj terapii pies wspomaga.
- Leczniczą! - odpowiedziała pani.
- Ale przecież pies nie leczy!? - oburzyłam się.
- No pies nie, ale kontakt z nim, to już tak. Nawet ślina psa ma cudowne właściwości, jak piesek terapeuta liże dziecku spastycznemu dłonie, to się otwierają! - wyjaśniła mi pani.
I to był koniec naszej rozmowy. Nic dodać, nic ująć! Nie znajduję nawet słów jak skomentować powyższą wypowiedź, ale rozmów na podobnym poziomie odbyłam kilkanaście... :(

W między czasie w miejscu gdzie pracowałam organizowano jakiś event i zaproszono pewną panią dogoterapeutkę z jej psami. Zacierałam ręce na tę wizytę, bo liczyłam na garść informacji. Jakież było moje zdziwienie kiedy pani przyszła z jednym dorosłym i drugim 8 miesięcznym labradorkiem! Na moje pytanie czy nie za młody i czy da radę (dużo ludzi nie umiejących się zachować w obecności psa, zapachy(!), hałas, itd) owa Pani odpowiedziała, że to będzie dla niego dobra socjalizacja. Maluch średnio sobie radził, pani spaliła na pokazie sztuczek dwie komendy, mały był mega zestresowany, a w pokoju gdzie czekali na swoją kolej nażarł się ciasta, które ktoś z pracowników wcześniej zostawił na biurku (nikt z pracowników nie został poinformowany jak należy przygotować się do wizyty psów i jak to wizyta ma wyglądać). Poza tym do tego pokoju wchodziło mnóstwo pracowników zobaczyć urocze pieski, wszyscy je głaskali, cmokali i zaczepiali, a maluch nie za bardzo wiedział co się wokół niego dzieje. Dodatkowo pani nie miała wymagań co do miejsca i liczby osób uczestniczącym w pokazie i psy miały bardzo mało przestrzeni (bo mnóstwo pacjentów chciało psiaki zobaczyć), a wypastowana podłoga sprawiała, że ślizgały im się łapki :( Widząc to byłam załamana, a jak dowiedziałam się, że ta pani prowadzi kursy w Krakowie wiedziałam, że na te kursy nigdy nie pójdę... To był moment kiedy dopadło mnie potworne zwątpienie...

 

"Ampułki śliny", czyli przełom w poszukiwaniach

I wtedy moja cioteczna siostra Ewa nadmieniła, że zna osoby, które prowadzą dogoterapię i organizują kursy w Białymstoku. Byłam nastawiona sceptycznie, pomyślałam sobie, że to będzie kolejna porażka i zarazem ostatnia rozmowa na temat dogoterapii. Telefon odebrała Zosia (ówczesna Prezes Fundacji Psi Uśmiech), po chwili rozmowy słysząc moje wątpliwości zaprosiła mnie na spotkanie. Uznałam, że przejazd pociągiem i odwiedziny rodziców, to może być dobra okazja socjalizacji szczeniaka i kilka tygodni później z czteromiesięcznym Elmusiem stałam pod drzwiami mieszkania Zosi. Otworzyła brunetka, którą wzięłam za Zosię, a tuż za nią pokazała się blondynka, którą uznałam za Gabrysię. Mały Uszatek na moich rękach wzbudził oczywiste zainteresowanie, więc nie było czasu na konwenanse i tak aż do czasu kursu Zosia była dla mnie Gabrysią, a Gabrysia - Zosią! ;)

Nie wiązałam z tą rozmową jakiś głębszych nadziei, od razu i wprost powiedziałam czego oczekuję i czego na pewno nie będę robiła z psem krytycznie odnosząc się do poczynań innych dogoterapeutów, po czym zakończyłam wywód stwierdzeniem, że nie znoszę określenia "pies terapeuta", bo to bardzo niefortunne i nieodpowiednie sformułowanie. Zosia i Gabrysia spojrzały wymownie na siebie (pomyślałam wtedy, że to koniec naszej współpracy), a na ich twarzach zagościł uśmiech! Wspaniale - powiedziała Zosia, jesteśmy dokładnie tego samego zdania - dopowiedziała Gabrysia. Potem jeszcze opowiadałam moje rozmowy z pseudoterapeutami i zaczęłam żartować, że może zaczniemy sprzedawać ampułki śliny "psa terapeuty". Miałam wrażenie, że wreszcie ktoś mnie rozumie! I tak rozpoczęła się nasza wspólna przygoda...

 

Kursy, szkolenia, warsztaty, egzaminy

Kiedy zaczynałam kursy nie było jeszcze w Fundacji możliwości zrobienia jednolitego kursu rocznego, była tylko możliwość szkolenia modułami, czyli Podstawy Dogoterapii, Dogoterapia dla zaawansowanych i Profesjonalny Dogoterapeuta. Teraz jest już wybór - kursy modułowe i kurs jednolity zawierają podobne treści, te same zaliczenia cząstkowe i egzamin. Koniec końców dają te same uprawnienia, ale różnica jest w cenie i praktykach - kurs jednolity wychodzi taniej oraz zawiera więcej zajęć praktycznych, co dla początkujących w zawodzie może być bardzo cennym doświadczeniem.
Miałam mnóstwo wątpliwości czy zaliczę egzaminy, bo nie miałam wtedy jeszcze psiaka, z którym mogłabym pracować. Elmo był malutki i trudno było nawet rokować czy będzie psem pracującym. Oczywiście okazało się, że w Fundacji wszystko było tak zorganizowane, że nie musiałam przyjeżdżać z własnym psem, który nie był do tego gotowy. Zawsze dobrostan psa był na pierwszym miejscu! Zdając drugi egzamin ja przygotowywałam zajęcia i byłam odpowiedzialna za cały konspekt i materiały, ale wspomagała mnie Gabrysia z Cosmo (oczywiście wcześniej dokładnie ustalałyśmy jaka będzie rola psa i w jakich momentach pies będzie aktywny). Jestem pewna, że gdybym chciała zrobić cokolwiek, co godziłoby w dobrostan psa, Gabrysia przerwałaby mi zajęcia i egzamin byłby oblany. Ostatni etap szkolenia był najtrudniejszy i znacznie rozciągnął się w czasie, bo musiałam już mieć praktykę z własnym psem, ale ze względu na dużą odległość mogłam prowadzić zajęcia w swoim miejscu pracy nagrywając filmiki, które potem były omawiane. Dzięki temu nie musiałam psa ciągnąć przez pół Polski i narażać na stres w obcym miejscu. I tak po mniej więcej dwóch latach od naszego pierwszego spotkania odebrałam druk MEN potwierdzający kwalifikacje w zawodzie Dogoterapeuty.

Elmo i ja podczas zajęć biblioterapii z udziałem psa

 

To nie koniec

Po zakończeniu kursu nadal utrzymywałam kontakt z Fundacją, dostawałam informacje o organizowanych przez Psi Uśmiech eventach i od czasu do czasu kontaktowałyśmy się telefonicznie. Nie potrafię wskazać momentu kiedy zaczęłam wnikać w Fundację. Był to pewien proces, który nabrał rozpędu kiedy postanowiłam wspomóc Gabrysię w pracy nad książką "Agata i tajemnice psiego świata". Książka napisana przez Gabrysię była gotowa do druku, ale autorka chciała, aby treści poparte były ilustracjami. Wiem, że zgłosiło się kilka osób, które wykonały fajne ilustracje, ale brakowało w nich aspektu edukacyjnego, czyli zobrazowania treści, na których Gabrysi zależało. Przemyślałam sobie i postanowiłam, że spróbuję wykonać kolaże. Przyznam, że nie było to łatwe, bo drukowane miały być czarno-białe (w oryginale ilustracje są w kolorze) i musiały korespondować z treścią. Niedługo potem Gabrysia zaproponowała mi, abym poprowadziła blok o pracy z osobami dorosłymi w dogoterapii na kursie zaawansowanym, potem kolejny i potem jeszcze jeden. :) I tak, rok temu wraz z Uszatymi staliśmy się częścią Fundacji Psi Uśmiech.
Frodo tropi :)

Frodo tropi :)

Dzisiaj tropieniowy filmik z Frodziem w roli głównej. Miał być bardzo prosty ślad - z trzema zmianami kierunku, i dwoma nawierzchniami - z chodnika, wejście w leśną ścieżkę. Okazało się jednak, że wejście w ścieżkę jest niemożliwe. Ostatecznie ślad przecinała ulica, która wymuszała zatrzymanie psa i przerwanie mu na chwilę pracy, dodatkowo Pan Żołnierz dokumentnie nam zadeptał teren układając ślad zwodniczy i zostawiając własne przedmioty, a na zakręcie, którego miało nie być bardzo mocno wiało, więc z założenia prosty ślad dosyć nam się skomplikował. Zdecydowałam jednak, że podejmiemy wyzwanie. Jak nam poszło sami zobaczcie :)
Dodam tylko, że kamerka i gimbal leżą w domu, a my nagrywamy komórką...


Copyright © 2014 Uszate , Blogger